Data aktualizacji: 29 października 2025
Data utworzenia: 28 października 2025
Przeczytasz w: 12 min
Spis treści
Był rok 2014. Wzięliśmy ślub, a niedługo potem pojawiła się myśl, że to dobry moment, by rozpocząć starania o dziecko. Mijały kolejne miesiące, a ciąży wciąż nie było. Po około pół roku starań wypadła moja rutynowa kontrola u ginekologa. Co roku robię sobie taki „przegląd” w ramach prezentu urodzinowego. Badania wykazały, że mam lekką niedoczynność tarczycy i podwyższony poziom prolaktyny, co mogło utrudniać zajście w ciążę.
Mijały kolejne miesiące. Wyniki badań wróciły do normy, a mimo to nadal nie byłam w ciąży. Po ponad roku bezskutecznych starań uznaliśmy, że potrzebujemy specjalistycznej pomocy. W Gdańsku wybór był niewielki, więc trafiliśmy do Kliniki INVICTA.
Pierwsza wizyta była dla mnie ogromnym stresem. Gdy weszliśmy do gabinetu, czułam, jak drżą mi ręce i ogarnia mnie panika. Lekarz zlecił sporo badań, skupiając się głównie na moim mężu. Ja byłam już wcześniej przebadana wzdłuż i wszerz, natomiast jego nikt do tej pory nie uwzględniał w procesie diagnostyki.
Wyniki badań pokazały, że problemem są słabe parametry nasienia – plemników było niewiele i nie były zbyt ruchliwe. Wtedy usłyszeliśmy słowa, które zapamiętam do końca życia: „W Państwa przypadku jedyną szansą jest in vitro. Na naturalne poczęcie mają Państwo około 5% szans”.
Byłam załamana. Wydawało mi się, że problemy z płodnością to coś, co dotyczy innych, ale nie mnie. W naszej rodzinie wszyscy mieli dzieci, więc trudno było mi pogodzić się z myślą, że my możemy mieć z tym trudności.
In vitro wydawało nam się czymś zupełnie abstrakcyjnym. Wtedy mało kto mówił o tym otwarcie, a w Internecie krążyło mnóstwo krzywdzących komentarzy. Wiele osób twierdziło, że wystarczy zdrowo jeść, uprawiać sport, nosić luźną bieliznę i po prostu „nie myśleć o problemie”, a ciąża pojawi się sama. Czytałam też różne opinie, że może po prostu „tak ma być” – że nie każdy został stworzony po to, by mieć dzieci. Że nie wiadomo, czy „dzieci z probówki” będą się prawidłowo rozwijały i dożyją starości. Albo że kobieta po in vitro ma większe ryzyko nowotworów, wcześniejszej menopauzy i rozregulowania hormonów.
Dziś wiem, że to wszystko bzdury. Ale wtedy byłam rozdarta – z jednej strony wiedziałam, że in vitro to nasza jedyna szansa na dziecko, z drugiej w głowie kłębiły się wszystkie te lęki i mity, które tylko potęgowały strach przed leczeniem.
Zaufaj specjalistom, odważ się sięgnąć po pomoc.
Dzięki wsparciu psychologa. Poza diagnozą męża wydarzyło się coś jeszcze, co skłoniło mnie do wizyty – moja siostra zaszła w ciążę. Starali się z mężem o dziecko zaledwie trzy miesiące i od razu się udało. Czułam wtedy złość, zazdrość i ogromne poczucie niesprawiedliwości. Wiedziałam, że powinnam się cieszyć, ale nie potrafiłam. Emocje całkowicie mnie przytłoczyły. Myślałam: Przecież ona jest młodsza! Dopiero co wzięła ślub, ledwo pomyśleli o dziecku, a tu już ciąża! Jak to możliwe, że jej się udało tak łatwo, a ja wciąż czekam? To było nie do zniesienia, ale przepracowałam na terapii te uczucia i skupiłam się na celu.
Przeszłam stymulację hormonalną, która miała na celu pobudzenie jajników do wytworzenia większej liczby komórek jajowych niż w naturalnym cyklu. Na początku brałam zastrzyki hormonalne co 2 dni, potem weszły codzienne. Regularnie chodziłam też na badania krwi i USG, żeby lekarz mógł sprawdzać, jak reaguje mój organizm i w razie potrzeby zmieniać dawki leków. Cały proces trwał ponad miesiąc i wymagał systematyczności oraz cierpliwości, ale wiedziałam, że to kluczowy etap w drodze do spełnienia marzenia o macierzyństwie.
15 grudnia odbył się pick-up, czyli punkcja jajników. Udało się pobrać jedną dojrzałą komórkę jajową. Po zabiegu czułam się dobrze – nic mnie nie bolało, nie krwawiłam, wszystko przebiegło bez komplikacji.
20 grudnia wykonano transfer. Miałam piękną, pięciodniową blastocystę! Po powrocie do domu otuliłam się kocykiem i czekałam na dzień pierwszej bety. Oczywiście nadal musiałam przyjmować leki, ale byłam już tak blisko celu, że nie narzekałam.
23 grudnia – pierwsze badanie beta HCG. Wynik rósł! Była radość, łzy wzruszenia i ogromna nadzieja. Święta spędziliśmy z mężem w domu, tylko we dwoje. Nie chciałam towarzystwa ani stresu – podróży, rozmów, świątecznego zamieszania.
27 grudnia – druga beta. Wynik nadal rósł! Radość i niedowierzanie mieszały się ze łzami szczęścia.
30 grudnia – trzecia beta. Tym razem wynik spadł. Nie udało się. Sylwestra i Nowy Rok spędziliśmy w domu, w ciszy.
W styczniu 2017 roku. Tym razem zmieniono dawki leków i zaplanowano częstsze wizyty kontrolne, ponieważ mój organizm nie reagował na stymulację tak, jak powinien.
10 lutego odbył się drugi pick-up. Znów udało się uzyskać tylko jedną dojrzałą komórkę jajową. Wtedy pojawiły się wątpliwości – czy jest sens to kontynuować? Jeśli wszystko miało się skończyć tak jak poprzednio, może lepiej było ponownie przejść cykl stymulacji, aby uzyskać więcej komórek jajowych i wybrać tę najlepszą? Lekarz jednak mnie uspokoił. Powiedział, że ta komórka wygląda bardzo dobrze i że liczy się jakość, a nie ilość. To dodało mi otuchy. Pomyślałam: A może ma rację? Jeśli uda się ją zapłodnić, będziemy o krok od spełnienia marzenia. Nie mogę się teraz poddać.
15 lutego miałam transfer. Zaczęłam przyjmować leki i pozostało tylko jedno – czekać na wynik pierwszej bety.
18 lutego rano pojechałam do laboratorium. Wynik? Beta rośnie! Ale tym razem nie było euforii – pamiętaliśmy, jak skończyła się poprzednia próba. Postanowiliśmy „spokojnie” czekać.
21 lutego – druga weryfikacja. Beta nadal rośnie! Trudno było się nie uśmiechnąć, choć starałam się panować nad emocjami.
25 lutego – trzecie badanie. Kciuki zaciśnięte tak mocno, że aż bolały. I znowu – beta pięknie rośnie!
4 marca – czwarta weryfikacja. Wszystko wyglądało znakomicie! Została jeszcze piąta.
16 marca oficjalnie zakończyliśmy procedurę in vitro z sukcesem. Na USG zobaczyliśmy bijące serduszko.
Podzieliliśmy się tą radosną wiadomością z rodziną. Od razu pojawiły się pytania, czy teraz musimy chodzić do „specjalnego” lekarza, bo ciąża po in vitro rozwija się inaczej niż „normalna”? Czy mogliśmy wybrać płeć, kolor oczu lub włosów dziecka? Wszyscy byli bardzo ciekawi, bo wtedy in vitro wciąż wydawało się czymś nie do końca zrozumiałym – szczególnie w małych miejscowościach. Wszystko cierpliwie tłumaczyliśmy, bo nie chcieliśmy, by nasi najbliżsi czerpali informacje z Internetu.
Tak. Choć po pewnym czasie odwiedził nas brat męża z żoną. Wiedzieli, że moja ciąża była wynikiem procedury in vitro, więc przyszli, by dopytać o szczegóły – od ponad roku bezskutecznie starali się o dziecko. Okazało się, że Marcin miał ten sam problem, co mój mąż. To doświadczenie utwierdziło mnie w przekonaniu, że jeśli w rodzinie pojawiają się problemy zdrowotne mogące wpływać na płodność, warto o nich otwarcie mówić. Dzięki temu bliscy mogą szybciej rozpocząć odpowiednią diagnostykę, zamiast tracić czas i pieniądze na poszukiwanie przyczyn. A czas ma tu ogromne znaczenie – im kobieta starsza, tym większe ryzyko wystąpienia powikłań i chorób u dziecka.
Wielu szczegółów już nie pamiętam, ale mam kilka refleksji dotyczących całej procedury. Zdecydowana większość leczenia skupia się na kobiecie – to ona musi wykonywać zastrzyki, przyjmować leki i znosić dolegliwości fizyczne. Rola mężczyzny zazwyczaj sprowadza się jedynie do oddania nasienia. Brzmi to jak drobiazg, ale jeśli problem z płodnością dotyczy właśnie jego, w psychice może dziać się naprawdę wiele. Czuje się odrzucony, mniej męski i całkowicie bezradny – szczególnie gdy widzi, że to z jego powodu żona musi przechodzić przez tyle trudnych etapów.
Nigdy nie miałam do męża żalu o to, że to „przez niego” nasza droga do rodzicielstwa była bardziej skomplikowana. Nie traktowałam tego w kategoriach winy. Pojawił się problem, więc skupiliśmy się na jego rozwiązaniu. A że wymagało to nieoczywistych działań? Cóż, widocznie tak miało być. Podeszliśmy do tego zadaniowo i to była bardzo dobra decyzja. Dzięki temu uniknęliśmy nadmiernego analizowania, interpretowania i wyciągania pochopnych wniosków.
W pewnym momencie mąż wręcz „zakazał” mi korzystania z Internetu, a dokładniej z forów, na których aż roiło się od negatywnych opinii o in vitro. I miał rację. To pozwoliło mi zachować spokój i skupić się na tym, co naprawdę ważne.
Tylko na początku, zaraz po postawieniu diagnozy. Zdecydowaliśmy się na kilka wizyt prywatnych, choć w Klinice INVICTA mieliśmy zapewnione dwie konsultacje w ramach pakietu. Mimo to gorąco zachęcam do rozmowy z psychologiem w trakcie leczenia – takie spotkanie pomaga uwolnić napięcie, uporządkować myśli i odzyskać siłę potrzebną do dalszej walki o upragnioną ciążę. Nawet krótka rozmowa potrafi przynieść ogromną ulgę.
Nie planujemy takiej rozmowy w najbliższym czasie. Jeśli temat pojawi się naturalnie, nie będziemy tego ukrywać, ponieważ staramy się rozmawiać z nią otwarcie o różnych sprawach. Jeśli w przyszłości pojawią się u niej trudności z zajściem w ciążę, z pewnością wrócimy do tego tematu z troski o jej zdrowie.
Zobacz, jak pomagamy parom starającym się o dziecko.
Poczytaj więcej