Data utworzenia: 8 czerwca 2026
Przeczytasz w: 21 min
Rok i 166 dni. Tyle trwała droga Angeliki Wacławczyk do macierzyństwa – pełna obaw, pytań, nadziei i momentów niepewności. Pacjentka Kliniki INVICTA w Warszawie zdecydowała się opowiedzieć o tym, jak razem z mężem przeszli przez leczenie niepłodności i spełnili marzenie o dziecku. To szczera rozmowa o sile, zaufaniu, wytrwałości i emocjach, które towarzyszą procedurze in vitro. Wywiad przeprowadziła Dorota Białobrzeska-Łukaszuk, Prezes Zarządu Grupy INVICTA.
[AW] Przed narodzinami dziecka wiele osób mówiło nam, że będzie bardzo trudno, a dla nas to naprawdę najpiękniejszy czas. Tak sobie wszystko poukładaliśmy z mężem, żeby jak najwięcej czerpać z macierzyństwa i tacierzyństwa. Nasza córeczka jest przekochana. Mamy przespane noce, Zoja mało płacze i nie wymaga od nas wiele — wystarczy, że ma zaspokojone podstawowe potrzeby. Jest uśmiechnięta, a my codziennie widzimy, jak się rozwija. Jesteśmy bardzo szczęśliwi, że podjęliśmy decyzję o przystąpieniu do procedury in vitro.
[AW] Moja droga do macierzyństwa była bardzo trudna. Przez ostatnie sześć lat próbowałam nawet przekonywać samą siebie, że może macierzyństwo nie jest mi pisane. Po przeprowadzce do Warszawy dowiedziałam się, że mam endometriozę, a w 2023 roku przeszłam laparotomię.
Po zabiegu konsultowałam się z wieloma lekarzami. Słyszałam, że wszystko jest w porządku i że w końcu uda mi się zajść w ciążę, ale czas mijał, a ciąży nadal nie było. Były momenty, w których chciałam już odpuścić. W końcu trafiłam jednak do lekarki, która zasugerowała mi konsultację w klinice leczenia niepłodności. Zaczęłam szukać informacji, dokładnie sprawdzałam dostępne możliwości i tak trafiłam do Kliniki INVICTA.
[AW] Bardzo chciałam trafić na dobrego lekarza. Po moich doświadczeniach z endometriozą był to dla mnie priorytet – tym bardziej że wcześniej zdarzało mi się słyszeć, że moja droga do macierzyństwa może być już zamknięta. Szukając dla siebie pomocy, zależało mi na tym, aby leczenie poprowadziła kobieta. Byłam nawet umówiona do dwóch lekarek, ale za każdym razem coś stawało na przeszkodzie – albo nie pasował mi termin, albo klinika prosiła o jego przełożenie. I tak trafiłam do doktora Jeżaka. Poszłam w to trochę w ciemno, ale okazało się, że to był strzał w dziesiątkę.
Przed pierwszą wizytą bardzo się denerwowałam. W nocy nie mogłam zmrużyć oka. Kiedy siedziałam już na korytarzu w klinice, czułam narastający stres. Doktor miał opóźnienie, a w poczekalni było bardzo duszno. Gdy wyszedł na korytarz i powiedział, że trzeba będzie jeszcze chwilę poczekać, poczułam, że nie mogę oddychać. Bałam się, że za chwilę usłyszę, że leczenie nie ma sensu i że już nigdy nie zostanę mamą. Mój lęk wynikał częściowo także z tego, że nie wiedziałam, jak wygląda taka wizyta i czego mogę się spodziewać.
[AW] Byliśmy zszokowani, bo doktor poświęcił nam półtorej godziny. Wszystko dokładnie wyjaśniał i o wszystko pytał. Osobiście mnie badał, co było dla mnie bardzo ważne. Myślę, że po prostu widział, jak bardzo chcemy zostać rodzicami – że to nie jest kaprys, tylko bardzo przemyślana decyzja. Na następną wizytę poprosił nas o przygotowanie pytań i zadeklarował, że odpowie na wszystkie. Tak też się stało.
Później rozpoczęłam terapię hormonalną, która miała wyciszyć endometriozę. Doktor uprzedził mnie, że może być ciężko, szczególnie że tuż przed rozpoczęciem leczenia otworzyłam własny biznes i pracowałam fizycznie. Chciałam jak najlepiej pogodzić leczenie z pracą i na szczęście się udało.
[AW] Poronienie.
[AW] Dwie procedury, trzy transfery. Zoja jest z trzeciego transferu.
[AW] Tak, ale też wychodzę z założenia, że nawet najlepszy partner nie jest w stanie do końca zrozumieć tego, przez co przechodzi kobieta w takiej sytuacji. Tydzień po utracie ciąży wróciłam do pracy, co nie było łatwe, bo pracuję z kobietami. One przeżywały tę stratę razem ze mną i bardzo mnie wspierały. Wiele moich klientek również było w procedurze in vitro, więc mogłyśmy rozmawiać o podobnych doświadczeniach i wzajemnie się rozumiałyśmy.
W pewnym momencie zderzyłam się jednak ze ścianą. Wracałam do domu i nie byłam w stanie nic robić. Do drugiego transferu podeszłam za szybko, nie zdążyłam przepracować pewnych rzeczy. Co prawda minęło kilka miesięcy, ale emocjonalnie to zdecydowanie było za wcześnie. Wiem to dopiero teraz, kiedy patrzę na wszystko z perspektywy czasu.
Zrozumiałam też, że nikt nie był w stanie pomóc mi tak, jak inna kobieta, która przeszła przez to samo. Stwierdziłam wtedy, że założę kanał na TikToku i zacznę opowiadać o swoich odczuciach. Tak zrobiłam i do dziś mam kontakt z osobami, które tam poznałam. Niedawno jedna z koleżanek, z którą wspierałyśmy się przez całą ciążę i przechodziłyśmy przez to wszystko razem, urodziła chłopczyka.
Myślę, że to nagrywanie bardzo mi pomogło. Pozwoliło mi wyrzucić z siebie żal, który długo w sobie skrywałam. Na początku po stracie ciąży obwiniałam siebie i wszystkich dookoła. To doświadczenie zaprowadziło nas jednak do poszerzenia diagnostyki i wprowadzenia kolejnych leków przed drugim transferem. To było bardzo trudne, ale teraz wiem, że było warto.
[AW] Ja trafiłam bardzo dobrze, bo mój mąż był ze mną od początku do końca. Przeżywał to wszystko razem ze mną, czasami miałam nawet wrażenie, że bardziej niż ja. Szczególnie trudny był moment, kiedy w 24. tygodniu ciąży trafiłam do szpitala. Mój mąż pracował wtedy wyjazdowo, ale zdecydował, że będzie przy mnie.
U naszej córeczki wykryto torbielowatość płucną, dlatego przez resztę ciąży byliśmy pod stałą kontrolą – najpierw w jednym szpitalu, później w drugim, do tego dochodziły jeszcze wizyty w poradni. Było dużo stresu i niepewności, ale ostatecznie córka urodziła się zdrowa – dostała 10 punktów w skali Apgar i oddychała samodzielnie. Prawdopodobnie czeka ją jeszcze operacja, ale mam poczucie, że najgorsze już za nami.
[AW] 13 stycznia poroniłam. Po dwóch miesiącach podeszliśmy do kolejnego transferu, bo mieliśmy jeszcze jeden zamrożony zarodek. Jak już wspominałam, moja głowa nie była wtedy na to gotowa. Organizm też chyba nie, bo praktycznie co dwa tygodnie łapałam jakąś infekcję. Pamiętam, że beta wtedy nawet nie drgnęła, a ja powiedziałam lekarzowi, że jestem po prostu wykończona. On zapewniał mnie, że jestem młoda i że będę miała dziecko. Powtarzał mi to za każdym razem. Zaufałam mu i do trzeciej procedury podeszłam już ze spokojniejszą głową. Pomogły mi też działania na TikToku, gdzie dostałam ogrom wsparcia od innych kobiet.
[AW] Tak, ja potrzebowałam mieć wtedy wokół siebie kobiety, które przeszły przez stratę. Nie tylko te, które przystępowały do procedury po raz pierwszy. Chociaż pamiętam, że do pierwszej próby podeszłam bardzo pozytywnie. Czułam, że skoro już tyle przeszłam, to teraz musi się udać. I właściwie się udało, tylko nasza radość nie trwała długo. Drugi transfer się nie powiódł, ale wtedy najtrudniejsze było chyba czekanie na informację o zarodkach – czy w ogóle będzie co transferować. Miałam in vitro w cyklu świeżym, więc dowiedziałam się o tym dopiero godzinę przed transferem. To było bardzo stresujące. Ostatecznie uzyskaliśmy trzy zarodki, a dodatkowo dostaliśmy informację, że czwarty może rozwinąć się następnego dnia. Dopiero wtedy poczuliśmy ulgę.
[AW] To nie było łatwe, ponieważ tych etapów było naprawdę dużo. Czasem wydaje się, że to tylko zastrzyk w brzuch, ale w praktyce trzeba było codziennie pilnować dawek i godzin przyjmowania leków. Przy zastrzykach zdarzało się, że musiałam wręcz szukać miejsca na brzuchu, żeby wkłucie mniej bolało. Pojawiały się też duże siniaki. Przyjmowałam również sterydy, więc bardzo puchłam i nie czułam się sobą. Kiedy dziś patrzę na zdjęcia z tamtego okresu, dokładnie wiem, kiedy i jakie leki brałam.
Robiłam to jednak po coś i dla mnie najważniejszy był cel. Mimo że przygotowanie do in vitro jest obciążające dla organizmu, uważam, że kobieta, która rozważa przystąpienie do procedury, nie powinna zbyt długo zwlekać z decyzją. Musi jednak liczyć się z tym, że jeśli będzie mówiła o tym głośno, mogą pojawić się różne „złote rady”, takie jak: „nie udało się, to adoptujesz” – ja również je słyszałam. Byłam też straszona, że po narodzinach dziecka moje życie się skończy i będzie bardzo trudno. Dziś wiem, że ciąża i połóg były łatwiejsze niż sama procedura in vitro.
[AW] Zrobiłabym to dużo szybciej. Czas jest niestety w tym przypadku naszym wrogiem. To także bardzo wymagający proces, dlatego dziś wiele spraw poukładałabym sobie inaczej i podeszłabym do tego ze spokojniejszą głową. Warto przypomnieć, że wtedy byłam świeżo po otwarciu własnego salonu fryzjerskiego, więc musiałam sprostać dwóm wyzwaniom jednocześnie. Na szczęście moje klientki były bardzo wyrozumiałe i często pytały, na jakim etapie jesteśmy. Podobnie społeczność, którą miałam na Instagramie. Zoja była więc najbardziej wyczekiwanym dzieckiem wśród osób, które mnie znały lub kojarzyły z sieci.
[AW] Pierwszy trymestr był bardzo trudny. Do 8. tygodnia przyjmowałam zastrzyki, musieliśmy też pilnować innych leków. Towarzyszył nam przy tym ogromny stres. Później poczułam się lepiej, ale w 24. tygodniu trafiłam do szpitala i wtedy zaczęły się kolejne trudności. Co prawda nie zostałam tam aż do rozwiązania, jednak od tamtego momentu żyliśmy od wizyty do wizyty. Dopiero później doktor Jeżak przyznał mi się, że wtedy nie był dobrej myśli, ale nie mógł mi tego powiedzieć. Na ostatniej wizycie, w lutym, wszyscy odetchnęliśmy z ulgą.
[AW] W moim przypadku było to cesarskie cięcie. Wszystko wydarzyło się nagle, ponieważ urodziłam tydzień przed planowanym terminem zabiegu. Pamiętam, że tego dnia miałam po prostu odpocząć, poleżeć, zrobić sobie taki luźniejszy dzień i właśnie wtedy dostałam skurczy. Przez cały dzień zastanawiałam się, czy to już ten moment, bo wcześniej miałam podobne skurcze.
Wieczorem zadzwoniłam do doktora, który wysłał mnie do szpitala, mówiąc, że następnego dnia na pewno urodzę. Po przyjeździe skurcze ustały i personel zapewniał mojego męża, że prawdopodobnie jeszcze wrócę do domu. Na to też liczyliśmy. Po badaniu okazało się jednak, że poród już się rozpoczął, więc od razu pojechałam na salę operacyjną.
Sam zabieg wspominam dobrze, gorzej było z rekonwalescencją. Najważniejsze dla nas było jednak to, że Zoja oddychała samodzielnie. Rodziłam w asyście neonatologów, więc wszystko było dobrze zabezpieczone. Kiedy przyszła na świat, okazało się, że rzeczywiście oddycha sama, ale mimo to została zabrana na obserwację. Zobaczyłam ją po około dwóch godzinach.
Pierwsze, co chciałam wiedzieć, to czy ma dużo włosów. Okazało się, że ma ich naprawdę sporo – zarówno wtedy, jak i dzisiaj.
[AW] Nie korzystaliśmy z pomocy psychologa, bo w tamtym momencie czułam, że bardziej potrzebuję wsparcia kobiet, które przeszły przez to samo co ja. Nie neguję jednak pomocy psychologicznej – szczególnie wtedy, gdy ktoś chce pozostać anonimowy i przepracować swoje emocje z profesjonalistą. Uważam, że to bardzo dobra opcja. Ja po prostu potrzebowałam wtedy takiego „kopa” w postaci historii kobiet, które opowiadały o swojej drodze, dzieliły się doświadczeniami, mówiły, jakie badania robią i jak wyglądają kolejne etapy.
[AW] Tak, doktor Jeżak mnie o tym poinformował. Ja jednak znalazłam własny sposób na poradzenie sobie z trudnymi emocjami. Długo zastanawiałam się, czy dobrze robię, mówiąc otwarcie o swoich doświadczeniach, bo w sieci jest dużo hejtu i bałam się negatywnych reakcji. Tymczasem nie spotkałam się z ani jednym nieprzychylnym komentarzem – wręcz przeciwnie.
[AW] Tak, choć wydaje mi się, że po prostu bardziej oswoiliśmy proces in vitro. Kobiety są bardziej świadome i coraz częściej nie boją się dzielić swoimi doświadczeniami. Widać to w mediach społecznościowych, chociażby po liczbie kont dziewczyn, które opowiadają o swojej drodze. Są nawet takie spotkania, na których można porozmawiać, wymienić się doświadczeniami i poczuć, że nie jest się w tym samemu. Oczywiście nadal są kobiety, które się wstydzą, ale ja uważam, że absolutnie nie ma czego. Jest też dużo grup na Facebooku, które poruszają temat in vitro – sama do nich należę. Można tam pisać anonimowo i też otrzymać wsparcie.
[AW] Nie, choć myślę, że mężczyźni również bardzo potrzebują wsparcia. Ważne jest, żeby rozmawiać z partnerem, bo cała procedura dotyczy przecież także jego. Uważam, że powinien chodzić na wizyty, wiedzieć, jakie badania są wykonywane i być obecny w tym procesie. Jego rola nie powinna kończyć się na jednej wizycie.
[AW] Oboje. Czasami miałam wręcz wrażenie, że to nie ja, tylko mój mąż jest w ciąży. Bardzo to przeżywał i był mocno zaangażowany. Dużo czytał, analizował. Myślę, że to zasługa doktora Jeżaka, bo mój mąż mu zaufał i przy każdej wątpliwości mówił: „zapytaj doktora”.
[AW] Tak. Lekarza, któremu naprawdę zależy. Nie takiego, dla którego jestem kolejną pacjentką do odhaczenia, tylko takiego, który faktycznie chce pomóc i widzieć efekty swojej pracy. Myślę, że świetnie trafiłam.
[AW] Nie, myślę, że dostałam wszystko, czego wtedy potrzebowałam, ale też sama musiałam zbudować sobie tę przestrzeń. Stres był ogromny, jednak starałam się zachować spokój.
Jestem osobą, która ma tendencję do martwienia się na zapas. Pamiętam, że kiedy czekałam na wynik bety po trzecim, udanym transferze, powiedziałam sobie: „Nie będę robić żadnych testów, nie będę sprawdzać bety wcześniej, poczekam cierpliwie”. Oczywiście – nie poczekałam.
Myślę, że wiele kobiet bardzo dobrze to rozumie, bo najtrudniejsze w tym procesie jest właśnie czekanie. In vitro naprawdę uczy cierpliwości. Z perspektywy czasu widzę też, że bardzo się zmieniłam. Przestało mnie obchodzić, co powiedzą inni. Kiedy ktoś mnie ocenia, myślę sobie, że łatwo jest komentować, kiedy nie było się w takiej sytuacji. Wychodzę z założenia, że nieważne, co ktoś powie – ja i tak zrobię swoje, bo wiem, przez co przeszłam.
[AW] Pochodzę z wielodzietnej rodziny, więc dzieci zawsze było u nas dużo. Moja mama jest już prababcią. Tylko ja miałam problem z zajściem w ciążę – moje siostry są dorosłe, mają dzieci, a ich dzieci też już mają swoje dzieci. Od sióstr otrzymałam bardzo duże wsparcie. One także czekały na wyniki razem z nami. Ze strony partnera również wszyscy wiedzieli o naszej sytuacji i bardzo nas wspierali. Babcia jest zakochana w Zoi, dziadek też.
[AW] Tak, to było bardzo trudne. Pamiętam sytuację, kiedy znajomym urodziła się córeczka i bardzo chcieli się z nami spotkać. Zbiegło się to w czasie z wizytą u lekarza, podczas której usłyszałam, że nie będę mogła mieć dzieci. To był dla mnie ogromnie bolesny moment. Mimo wszystko trzeba było znaleźć w sobie siłę, wierzyć i próbować dalej.
[AW] Nie nazwałabym tego ostatecznością. To był bardzo świadomy wybór. Analizowaliśmy różne możliwości i zdecydowaliśmy się na Klinikę INVICTA w Warszawie. Kierowaliśmy się m.in. dobrymi opiniami.
W pewnym momencie pomyślałam, że wystarczy już wizyt u różnych lekarzy, po których zamiast wsparcia zostawaliśmy z coraz mniejszą nadzieją. Czytałam, że kobiety z endometriozą zachodzą w ciążę, więc wierzyłam, że ja też mam szansę. Miałam też dość przyjmowania leków hormonalnych, które miały wyciszać organizm. Proponowano mi nawet wkładkę hormonalną, ale ostatecznie nie udało się jej założyć.
Z perspektywy czasu bardzo się cieszę, że tak się stało, bo później trafiłam na lekarkę, która powiedziała mi, że mam owulację, są komórki jajowe i że w tej sytuacji najlepszą decyzją będzie konsultacja ze specjalistą leczenia zaburzeń płodności. Na początku zależało mi, żeby zapisać się do kobiety, bo miałam nadzieję, że lepiej mnie zrozumie. Ostatecznie trafiłam do doktora Jeżaka i okazało się, że płeć lekarza nie ma tu znaczenia. Najważniejsze było to, że poczuliśmy się wysłuchani i dobrze poprowadzeni.
[AW] Powiedziałabym im, żeby nie odkładały tej decyzji tylko dlatego, że się boją. I żeby nie przejmowały się tym, co powie rodzina, znajomi czy ktokolwiek inny. To bardzo osobista droga i naprawdę nie trzeba się nikomu z niej tłumaczyć. Nie trzeba też wszystkim o tym mówić, jeśli ktoś nie czuje takiej potrzeby.
Każda z nas jest w innej sytuacji. Mama, siostra czy przyjaciółka mogą mówić: „poczekaj, samo przyjdzie”, ale one nie są na naszym miejscu. Czasem rzeczywiście się udaje, a czasem nie – i wtedy czas ma ogromne znaczenie.
Dziś wiem, że strach nie jest dobrym doradcą. Sama żałuję, że nie zdecydowałam się wcześniej. Dlatego powiedziałabym: sprawdźcie swoje możliwości, porozmawiajcie ze specjalistą i nie pozwólcie, żeby lęk albo opinie innych osób decydowały za Was.
Poczytaj więcej